Mierniki na polach
Zebrał: Michał Chomiuk
Wieczorną porą, gdy słońce spać już poszło, stary, siwy Marcin usadowił się na wygodnym, niskim stołeczku za stodołą i zwrócił wzrok ku rozległym połaciom szumiącego zboża. Dookoła dziadka na trawie rozsiadło się z półtora tuzina młodzieży i czekało w milczeniu i skupieniu, aż staruszek zbierze myśli i zacznie opowiadać.
rcin zawsze mówił im coś, co ich młode dusze wprawiało w ogromne zdziwienie i wywoływało w nich ciekawość, żywe zainteresowanie. Niezwykle barwnie gadał ten Marcin. Przedstawiał tak barwnie historie z czasów swojej młodości, że słuchającym nigdy nie było dosyć. Młodzi wciąż łaknęli słuchania, kiedy ich myśli odpływały hen, błądząc po krainach i światach tajemnych, kreowanych przez starca.
Opowiadał o czasach wojennych, czasach wielkiej
biedy i troski, gdy każdy jeden dzień był wyzwaniem tragicznego
losu człowieka i każdy żył z obciążeniem, skazą tych
dramatycznych lat. Mówił o nieszczęściach, jakie wówczas
wypełniały ludzkie życie, niejednokrotnie zamieniając je w
piekło. Ale dużo, bardzo dużo opowiadał też Marcin o dobrych
chwilach, dobrych latach. Barwnie wspominając swe dzieje i przygody
młodzieńcze podczas parobkowania u bogatych gospodarzy, nie
pomijając kawałów i psikusów, jakie robili sobie nawzajem z
kolegami. Potrafił godzinami rozprawiać o lasach, zwierzynie, na
czym znał się bardzo dobrze, bo wszystkie okoliczne, dalsze i
bliższe lasy przeszedł w młodości dokładnie.
Znał zwyczaje wilka i dzika, wiedział, gdzie najczęściej latają sowy, potrafił nieomylnie rozpoznać tropy i ślady każdego zwierzęcia. Za każdym razem na wiosnę, w marcu, gdy wybrał się połazić po leśnych ostępach, to nie było mowy, żeby nie przyniósł rosochatych jelenich poroży.
Uwielbiał też opowiadać o duchach. Chwalił się,
że wiele razy w życiu miał z nimi do czynienia, że nie raz
widział w lesie diabła z kopytami, że dziesiątki razy bywał w
nawiedzonych domach, gdzie przeróżne jęki, skrzypienia, kroki i
stuki były czymś tak naturalnym, jak pierwsza wiosenna burza.
Te historie wszyscy najbardziej lubili, chociaż bali się później wracać do domów, bali się w ogóle każdego szmeru i ruchu, jaki posłyszeli na swej drodze podczas powrotu. Kochali jednak ten strach. Uwielbiali ten dreszcz emocji, bez którego nie byliby tak zadowoleni. Dlatego też przychodzili zawsze do Marcina i prosili go, by coś im opowiedział. A staruszek nigdy nie odmawiał, bo także sprawiało mu radochę, gdy mógł swe wspomnienia komuś przekazać. Dzięki temu na powrót czuł się młodziej, szczęśliwiej.
Właśnie teraz młode chłopaki i dziewczyny zeszli
się koło Marcinowej stodoły, a on zaczął mówić swym nieco
ochrypłym, lecz donośnym głosem. - Widzicie tam? - Marcin wskazał palcem w
kierunku pola. - Tam się pokażą, tylko musicie jeszcze trochę
poczekać.
- Któż taki? Co tam się pokaże? - dopytywano
się. - One się pokażą - mówił Marcin. -
Mierniki, geometry przyjdą i po polach będą chodzić. Zawsze gdy
jest taka spokojna, letnia noc, to oni przyłażą. Przyłazili
kiedyś, przyłażą teraz i będą dotąd, aż się ich kara, ich
pokuta zakończy.
- O czym ty znowu prawisz Marcinie? Czyżby od
tego słońca dzisiejszego całkiem już ci się w twoim starym łbie
poprzewracało? Jacy znowu miernicy? Jaka pokuta u czorta? -
dochodziły zapytania do uszu starca.
- Żebyśta wy mieli takie jeszcze głowy jak ja
niepomieszane, to by dobrze było - obruszył się. - Jak mówię,
że mierniki na pola chodzą i pokutę czynią, to dobrze wiem, co
gadam. Niechajby mi jęzor kołkiem stanął, jeśli coś bym wam
nie tak powiedział. Bo widzita, oni tu przyjdą, tak jak kiedyś,
dawniej za życia tu chodzili. Chodzili po tych polach, mierzyli,
ziemię rozparcelowywali, rozdzielali, który kawałek czyj miał
być.
Wymierzali tak te geometry urzędowe nam nasze pola. A że
bogaci nie znali co to bieda i na pańskiej służbie wyrośli, to i
pazerni, źle nam te pola pomierzyli. Z wielką dla chłopów
krzywdą. Biedował lud z wielu powodów, z niedostatku, pogody,
ucisku pańskiego. A te geometry zamiast nam co dobrego uczyniło,
to nam jeszcze biedy tej dołożyli. Nic jednak - słuchajcie
uważnie - na tym świecie, żaden uczynek bliźniemu uczyniony,
dobry, czy zły nie przechodzi bez echa. Niebiosa i ziemia bacznie
obserwują wszystko dookoła i w porę nagradzają, bądź też
karzą tych, co na to zasługują. Patrzyły się też one i na tę
biedę chłopską, na ten płacz dzieci głodnych, ojców, matek żal
i zwątpienie, na choroby bolesne, lud po wsiach trapiące. Jakżeby
tedy nie miały te moce sprawiedliwe, widząc, że ktoś tu jeszcze
takiego biednego i umęczonego chłopa krzywdzi nie reagować, nie
pomścić i nie pokarać? Tak więc każdy niesprawiedliwy,
nieuczciwy mierniczy, gdy tylko skonał, to zamiast udać się ku
swemu ostatecznemu przeznaczeniu, został wygnany precz na te pola,
które z taką krzywdę dla chłopa pomierzył, z tym przykazaniem,
że dotąd będzie po tych polach łaził, aż błąd swój naprawi.
Tak więc łażą tutaj te mierniki i pokutują, a ja zawsze jak tu
siedzę i ich widzę, to przypomina mi się, że sprawiedliwość
jest jednak na tym świecie.
- Często ich widzicie Marcinie? - zapytała
Zosia, dziewczynka niespełna czternastoletnia o ślicznych,
niebieskich, trochę rozmarzonych oczach.
- Oj, naoglądałem się ja ich w moim życiu
Zosiu, napatrzyłem. A zawsze pod postacią światełek i świeczek
te duchy się zjawiają. Czasem można zobaczyć elegancko ubranego
miernika, który przechadza się po tych polach. Zamiast głowy ma
świeczkę zapaloną. Częściej jednak widziałem same tylko
świeczki unoszące się nisko nad polami. Lecz wiem bardzo dobrze,
że one także są duszami pokutujących mierników.
Januszek siedzący wśród słuchającej młodzieży nagle zerwał się na równe nogi i zaczął krzyczeć. - Widzę! Widzę! Dziadku Marcinie! Przylazły te geometry co o nich gadacie! Tam są! - pokazał palcem.
Wzrok wszystkich obrócił się we wskazanym kierunku. Rzeczywiście - około stu metrów od siedzących, nad powierzchnią łanu złocistego żyta unosiły się trzy jasne, niewielkie, świetliste języczki.
Opowieści zebrane w terenie, w okolicach Michowa, powiat lubartowski, przekaz ustny. Wydane w książce "Dziwy spod strzechy i wierzbowej dziupli".
