Zielarstwo – wiedza czy dar?
Hanna Świątkowska
„Dawno, dawno temu, za siódmą górą i siódmą rzeką….” – być może właśnie tymi słowami warto rozpocząć ten tekst. Tak właśnie zaczynają się baśnie i legendy – a czymże jak nie baśnią nazwać współcześnie dywagacje o ziołach, zielarstwie i… czarownicach? Zobaczymy…
Zielarstwo
to bardzo nietypowa dziedzina nauki. O ile w ogóle nauką nazwać je
można! Współcześnie,
w czasach jakże racjonalnych, nauka to sprawa poważna. W zakres jej
zainteresowań wpisują się zjawiska takie jak burze, wichury,
trzęsienia ziemi, ruch planet, wyjaśnienie skupisk gwiazd,
istnienia patogenów, mechanizmu zapłodnienia, składu minerałów -
wyliczać można długo. Dla ogółu są już dziś czymś
oczywistym, dającym się racjonalnie wyjaśnić.
Rzeczy i zdarzenia
postrzegane dawniej jako gniew, łaska albo dar bogów, z biegiem
czasu i zdobywaną wiedzą stają się elementami nauki. Co wcale nie
znaczy, że wszystko i do końca człowiek wytłumaczyć potrafi. Że
już nie wspomnę o zapanowaniu czy choćby tylko
przewidywaniu... Ale to inna opowieść.
Proces
zwany poznaniem trwa nieustannie. Wystarczy się pokusić o wyprawę
do laboratorium. Jakiego - to nie ma znaczenia... Zazwyczaj
niełatwe to wyzwanie! Laboratoria to miejsca specjalne, chronione.
Owiane tajemnicą odbywanych tam eksperymentów. Miejsca dla
wybranych.
Załóżmy,
że rzecz dzieje się dziś. U progu XXI wieku. Gdzie trafimy, jeśli
uda nam się wszelkie przeszkody pokonać? Znajdziemy zapewne
pomieszczenia sterylne. Oświetlone obcym, zimnym światłem, w
którym ludzkie twarze będą przypominać upiorne maski. Staniemy
wobec ekranów komputerów, pulpitów migających gąszczem
tajemniczych światełek, jakichś wykresów, labiryntu szkła i
metalu, plastiku.
Otoczy nas nienaturalna cisza... Woń, mniej lub
bardziej przyjemna, ale obca. Zastaniemy ludzi w białych, zielonych
lub innej barwy uniformach, rękawiczkach, najpewniej w ochronnych
maskach. Ludzi skupionych, przekonanych głęboko o jedynie słusznej
wartości ich pracy. Takich, dla których świat „zewnętrzny"
jest tylko przeszkodą - lub źródłem kolejnych pytań. Zaś
miejsce ich pracy, szczelnie przed tym światem zamknięte - czymś
wyjątkowym. Niemal sanktuarium Nauki!
We
współczesnych laboratoriach, jak przed wiekami, pracują zazwyczaj
pasjonaci oddani swej misji bez reszty. I chwała im za ich pracę,
dociekliwość, za kolejne ścieżki poznania. Ale w takiej izolacji
tkwi ogromne niebezpieczeństwo! Prowadzi często tam, gdzie
„wszystko, co ludzkie" - jest obce!
I tak współczesny świat odziera się powoli z romantyzmu, z tajemniczości, magii. Mamy wszak komputery, teorię względności, fizykę kwantową, rozbijamy atomy, zaglądamy w głąb żywych komórek i w kosmos. Coraz, zdawałoby się, mniej jest miejsca na rzeczy nieznane, ukryte, tajemnicze. Ale nadal są „na niebie i ziemi" rzeczy, o których nie śniło się filozofom...
Jednocześnie
jesteśmy świadkami coraz mocniej rozwiniętej „świadomości
energetycznej" ludzi, szczególnie młodszych pokoleń. Coraz
większe też jest zainteresowanie zarówno wiedzą jak i tradycją
czarownic, czarodziejek i wiedźm. Bycie „wiedźmą" staje się
modne, znika powoli pejoratywny wydźwięk tej nazwy, skądinąd
słusznie. Rodowód tego słowa - staropolskie „ta, która wie,
wiedząca" - nie jest negatywny. Chociaż z pewnością implikuje
tajemniczość i potencjalne możliwości przekraczające
umiejętności szarego zjadacza chleba. Podobnie rzecz ma się z
określeniem czarownica. Tu zresztą mamy tak czy inaczej dwojaką
treść podobnych wyrażeń. Słowo czarownica straciło swoją
pierwotną treść, stając się synonimem baśniowej postaci,
najchętniej brzydkiej, starej i złośliwej, mającej na ramieniu
czarnego kota lub sowę... Słowem - Baby Jagi z baśni braci
Grimm.
Czarodziejka
natomiast to już komplement raczej; oba zaś słowa wywodzą się z
tego samego pnia - czarująca, urokliwa. Dowcip „Jaka jest
różnica między czarownicą a czarodziejką? Odpowiedź: 50 lat"
- dość dobrze oddaje różnicę w rozumieniu i kojarzeniu tych
wyrażeń...
Tak to
wygląda dziś. A spróbujmy podjąć trud podróży w czasie! Wstecz
- o ile? O 100 lat? Wówczas wykluwały się już współczesne formy
zdobywania wiedzy, odkrywania tajemnic...
Więc
dalej. O 300, 400 lat? A, to już inna sceneria! Nie nauka a
alchemia, nie wiedza, a czarodziejskie gusła... Ówczesne
laboratoria to także pomieszczenia starannie chronione przed
niepowołanymi oczyma; butle, retorty, kolorowe mikstury, tajemne
księgi i manuskrypty... Znów niedostępne,
znów tajemnicze... Tamtym, gotowym dla drobnych czasem odkryć
ryzykować życiem badaczom sprzed wieków, zawdzięcza cywilizacja
i nauka Europy (a pośrednio większości świata) swój obecny
kształt. Z całym „dobrodziejstwem inwentarza"!
Czas
alchemików to i czas czarownic. Kobiet, które wiedziały „więcej",
umiały się tą wiedzą posłużyć i którym współcześni często
zawdzięczali zdrowie lub życie, odpłacając lękiem i
pogardą... Zazwyczaj.
Negatywną,
pełną niechęci i uprzedzeń opinię kobiety nazywane wiedźmami
lub czarownicami, ludzie kultywujący tradycje „szamańskie"
(stosując to słowo umownie), zdobyli na dobrą sprawę stosunkowo
niedawno, jeśli brać pod uwagę wiekowość tej profesji. To
religia chrześcijańska, obalając pogańskie kulty i przekonania,
przejmując różnorodne tradycje, przyczyniła się walnie do
ostracyzmu wobec nich. Nietrudno zrozumieć podstaw
y takich działań
- ich skala natomiast przekroczyła z pewnością wszelkie granice.
Zarówno braku tolerancji jak i niezrozumienia. Znamy to z historii,
a tu nie miejsce na jej roztrząsanie.
Warto natomiast zwrócić
uwagę na fakt, że pomimo prześladowań i istniejącego przez wiele
wieków stałego zagrożenia, „kobiety wiedzące" przetrwały.
Przetrwała - chociaż w znacznie okrojonej formie - ich wiedza i
umiejętności. Zachowały „baby", „babki", „zielichy" -
respekt społeczności, którym służyły. Przetrwała także
niezaprzeczalna potrzeba na takie właśnie usługi. Głównie
zielarskie i medyczne. Zaś całą sferę magicznych i
nadprzyrodzonych mocy czarownic można postrzegać dwojako. Albo jako
umiejętności bioterapeutyczne, znane, coraz wyżej cenione przez
współczesnych i coraz rzadziej kwestionowane, albo po prostu jako
rodzaj „dekoracji". Służącej wyróżnieniu takich kobiet
spośród innych, dodającej im tajemniczości, fascynującej, czasem
groźnej, potrzebnej by podnieść prestiż wykonywanej pracy.
Podkreślić jej wyjątkowy, ponad naturalny wymiar. A czasem
po prostu zapewnić bezpieczeństwo.
W
dużym stopniu zresztą właśnie owa aura niesamowitości, a także
fakt, że do swoich praktyk zielarki używały akcesoriów
tajemniczych, dziwnych i niepokojących przyczyniły się do oskarżeń
i fali prześladowań. Nietrudno o posądzenia o „pakt z diabłem",
jeśli jako atrybutów używa się przedmiotów i zwierząt z diabłem
właśnie kojarzonych. Początkowe prześladowania miały zresztą
nieco inne podłoże - była to nade wszystko próba obalenia
dawnych (pogańskich) porządków, odebrania prestiżu osobom w
swoich społecznościach szanowanym. I będącym żywą kroniką
tychże społeczności jak też ich wierzeń
i obyczaju... Dopiero w późniejszych wiekach posądzenie o bycie
czarownicą równało się często wyrokowi śmierci - i to
okrutnej śmierci.
Jest charakterystyczne, że w każdej społeczności spotykało się (i do dziś spotyka) ludzi o predyspozycjach do zdobywania, gromadzenia i zgłębiania wiedzy wykraczającej poza ramy powszechnych pojęć i przekonań. Od stuleci, a może i milleniów żyli „wtajemniczeni", szamani, czarownicy, wiedzący, druidzi, wołochowie... Jakkolwiek ich nazwiemy, jak wieki temu, tak i dziś są to ludzie, dla których jakość ważniejsza jest od ilości. Tacy, którym bardziej po drodze ze światem nadal, mimo całej „cywilizacji nauki", magicznym. Których życie wypełnia stałe odkrywanie. Obecnie także tego, co czas zdążył okryć niepamięcią. Zdobywanie wiedzy poprzez emocje i intuicję w nie mniejszym stopniu jest dla nich ważne niż racjonalne poznanie. Domena jednostek, które pociąga jedyne w swoim rodzaju połączenie tradycji z poszukiwaniem nowości. I troskliwe owej tradycji pielęgnowanie.
Wszyscy
ci ludzie, żyjąc w ścisłym związku z naturą, też mieli swoje
laboratoria. Takie, w których „nic, co ludzkie" nie było
obce. Ślady ich działań i umiejętności, to już nie podróż o
setki, ale tysiące lat wstecz. Wówczas, kiedy człowiek rozumny
kształtował pierwsze zręby społeczeństw - ludzie „wiedzący"
właśnie dbali tak o zdrowie jak i duchowe trwanie jedności
kultury. Stare kulty, wierzenia, miejsca mocy, obrzędy utrwalone w
tradycji, baśniach, podaniach - i to ich zasługa. Zaś
„laboratorium", z którego czerpali i w którym pracowali była
sama Natura. Nie ma bowiem laboratorium tak bogatego, skomplikowanego
i - pomimo wieków badań - tajemniczego jak żywe organizmy i
ich współistnienie.
Las, łąka, ugory - to laboratorium istnieje przecież nadal! Bliskie, znane, swojskie, codzienne. Tajemnicze, o tyle tylko, o ile przyroda sama swych tajemnic broni. I o ile zapominamy lub lekceważymy wiedzę naszych przodków, przywaloną stertami śmieci, reklam, ignorancji... pseudonauki.
Wstęp do niego jest otwarty. Dla każdego. I nadal, jak przed wiekami, chętnie daje schronienie ludziom. Zmęczonym, znerwicowanym, szukającym oazy ciszy mieszkańcom wielkich miast, których przybywa tu coraz więcej. I tym, którzy z tej ziemi i jej tradycji wyrośli, zakorzenieni w czasie głębiej, niż zdają sobie sprawę. W progi tego właśnie laboratorium zapraszam wszystkich, których zmęczył pośpiech, ogłuszył zgiełk, przejadły się plastikowe smakołyki. Zapraszam, prosząc jednocześnie o szacunek. Pokorę. Wrażliwość. To, znacznie bardziej niż niedostępne instytuty badawcze - jest Sanktuarium!
Bo z
upływem czasu "zawód" wiedźmy, czarownicy nie zaginął
- nabrał nieco innego wymiaru i innej formy. Często takie kobiety
obierały sobie za siedzibę jakiś ostęp, polanę, krąg drzew - a
bytując tam służyły okolicznym mieszkańcom, zachowując dystans
i wrażenie tajemniczości, tak mocno z ową profesją zrośniętej.
Zazwyczaj mogły liczyć na ofiarność ludzi - wdzięcznych lub
zalęknionych. Jakikolwiek bywał powód owej ofiarności - dało się
dzięki niej przeżyć. A także zazwyczaj wyszkolić następczynie...
Jeszcze bardzo niedawno, nawet w połowie XX wieku „babka"
bywała dla wiejskiej społeczności lepszą i bardziej dostępną
pomocą niż kształceni lekarze...
A jak
to jest z czarownicami dziś? Czy w dzisiejszym, komercyjnym i
mechanicznym świecie przestały bytować owe tajemnicze "wiedzące"?
Czy też, wspierane przez cywilizacyjne wynalazki, istnieją nadal,
korzystając z wielowiekowej spuścizny na równi z osiągnięciami
nauki? Tej akademickiej, ale i tej - nadal tajemnej - wiedzy
ezoterycznej?
Ezoteryka
to niesłychanie pojemne pojęcie. Od dłuższego już czasu święci
swój tryumfalny powrót - w najróżniejszych postaciach i
działaniach. Mniej lub bardziej egzotyczna. A czasami
bardzo codzienna i „rodzima", Jak na przykład praca zielarza...
Co oznacza być
zielarzem współcześnie? Z całym bagażem wiedzy, odarciem Natury
(przynajmniej pozornie) z jej tajemniczości, w otoczeniu
wszechobecnej techniki?
Można
oczywiście poprzestać na umiejętności komponowania i stosowania
ziołowych mieszanek - jest ich zresztą w sklepach i aptekach
coraz więcej! Tego notabene uczy większość kursów zielarstwa.
Ale, w moim przynajmniej odczuciu, takie podejście znacznie zubaża,
ogranicza i odbiera prawdziwy sens tej pracy. Pracy praktycznie
podporządkowanej Naturze - i potrzebom człowieka! Czasami myślę,
że znacznie bardziej potrzebnej dziś niż wieki temu...
Zielarstwo
poznawałam w dzieciństwie. Poznawałam to zresztą zbyt wiele
powiedziane. Jako wnuczka znającej się na ziołach, a surowej i
wymagającej kobiety, miałam okazję pomagać przy zbiorze,
segregowaniu i konserwacji roślin. Nie tylko leczniczych.
Już
jako osoba dorosła wiedzę o roślinach - bo z początku uważałam
to za najważniejsze - zaczęłam gromadzić i stosować zupełnie
serio. W sposób uporządkowany i ukierunkowany. Wówczas wydawało
się, że to wiedza prosta i dostępna każdemu... Wszak rośliny są
wszechobecne, ich gromadzenie nie wymaga zbyt wiele wysiłku, A
wykorzystanie, także do codziennego użytku to tylko kwestia wprawy!
Cóż, teraz już wiem, jak niewiele wówczas rozumiałam..
Ta
wiedza jest niewyczerpana. Zmienna, chociaż pozornie taka sama. Rok
po roku zharmonizowana z rytmem Natury. Wymaga cierpliwości,
spokoju, elastyczności, pokory... i znacznie więcej niż prostej
znajomości roślin! Ich poznanie to w końcu głównie botanika -
i niewiele ma wspólnego z prawdziwymi umiejętnościami zielarza!
Chociaż z pewnością stanowi ich podstawę.
Bogactwo
zielarstwa wynika z bogactwa Natury. Jej potencjału, różnorodności,
zmienności, także w istocie zwanej Homo sapiens. Bo i my częścią
tego bogactwa jesteśmy. Umiejętne wykorzystanie potencjału roślin
uzupełniają różnorodne, często pozornie odległe działania.
Operowanie barwą, dźwiękiem, zapachem, różnorodnymi formami
pobudzania energii własnej organizmu i wiele innych. Takie
„eklektyczne" podejście do Natury z jednej, a
potrzeb ludzi z drugiej strony można dopiero potraktować jako
wiedzę „czarodziejską". I wiem, że zdobywać będę ją
stale. Wiedźma to ta, która WIE! A przynajmniej - chce wiedzieć.
Dochodzi
do tego stałe ćwiczenie umiejętności słuchania, by słyszeć,
patrzenia by widzieć, wrażliwości i swego rodzaju empatii. A
także nieustanna praca nad własnym potencjałem energii. Zaczyna
się od siebie - to zasada, której nie wolno pominąć w pracy
„wiedźmy"!
Ziołoznawstwo,
różnorodne zastosowania i wykorzystanie roślin doskonale wpisują
się w działania arteterapeutyczne. I odwrotnie - działania
plastyczne, operowanie kolorem, dźwiękiem, zapachem, praca z
ciałem, oddechem itp. są idealnym uzupełnieniem terapii
zielarskich. Połączenie tych dwóch nurtów pozwala na stworzenie
ciekawych i nietypowych propozycji zajęć i terapii. Takie podejście
pozwala głębiej poznać więź z Naturą, naszą do niej
przynależność. Uświadamia integralność ludzkiego organizmu,
jego harmonijne funkcjonowanie. Zagubioną w świecie pośpiechu i
negatywnego stresu, nieuniknioną cykliczność życia. W miarę
poznawania świata roślin w jego różnorodnych aspektach, stają
się zrozumiałe i możliwe do zaakceptowania takie cechy jak
cierpliwość, obiektywizm, postrzeganie własnych potrzeb (nie tylko
organicznych), wyrozumiałość... Łatwiejsza staje się nauka
wyciszenia, panowania nad stresem, łagodnieje wszechobecny lęk i
presja pośpiechu; pojawia się pogoda ducha.
Rośliny,
ich niewyczerpane bogactwo i stała obecność w życiu każdego z
nas, tak oczywista, że niemal nie dostrzegana, mogą stać się
wspaniałymi sprzymierzeńcami i nauczycielami wrażliwości i
harmonii dla każdego z nas. Ich pozytywny wpływ na człowieka nie
jest na ogół negowany. Większość z nas czuje się dobrze w
otoczeniu drzew, krzewów lub choćby doniczek w mieszkaniu. Jest to
jednak oddziaływanie pasywne, bez aktywnego udziału człowieka.
Włączenie
pracy z roślinami do zajęć atreterapeutycznych pozwala na aktywną
i znacznie głębszą więź z tym ogromnym bogactwem żywych i
biologicznie czynnych organizmów. Połączenie różnorodnych
aspektów, dobrane według indywidualnych potrzeb, daje niewyczerpaną
ofertę pomocy. Każdemu, kto jej szuka.
Tytułowe
pytanie jest trochę mylące. Zielarstwo to i wiedza i dar. Jedno bez
drugiego staje się pozbawione treści... Stanowi ślepy zaułek. To
naprawdę bardzo dziwna dziedzina wiedzy. Taka, która pozwala być
całkowicie wolnym. Z jednoczesnym "wpisaniem się" w
stały, niezmienny, a jednak zawsze całkiem nowy rytm. Rytm Życia.
Natury. Niewyczerpane bogactwo, które jest zarazem Źródłem i
celem...
To
jedyna w swoim rodzaju przygoda, dająca satysfakcję, radość,
zdrowie, i nigdy nie wyczerpany potencjał energii. Przygody z
zielarstwem warto doświadczyć - chociażby po to, żeby poznać
1000 i 1 jego aspektów.
I
zaprzyjaźnić się z samym sobą! A to nieodmiennie jest krok
pierwszy na drodze do wartościowego, ciekawego i szczęśliwego
życia.

2010-11-29, 17:16